Rozedrgani, skrzywieni, szukamy wciąż sensu i ładu w środku tego rozpadu. Nie chcemy jadać śniadania w zamknięciu, choć wszystko wokół skłania do w domu pozostania. Łączymy ręce w podzięce w wiecznej rozterce, jak to będzie dalej wyglądało, czy życie będzie się układało.
To, co się wcześniej wydawało, ważne być przestało. Szumią palce na klawiaturze, a palce się przesuwają po niewidzialnym murze. Kiedyś internetowego kontaktu spragnieni, dzisiaj marzymy, aby gdzieś iść zwyczajnie, wypić kawę normalnie, dotknąć kogoś wyczuwalnie, a nie wirtualnie.
Liczne twarze oglądamy, gdy przez komunikatory błądzimy, lecz nimi gardzimy, bo tak naprawdę ich nie widzimy. Na spotkania nie chodzimy, a w splątanych myślach się gubimy, gdzie jesteśmy, co zrobimy. Bez zwyczajnego tulenia paru, słów rzuconych w twarz od niechcenia, tak naprawdę nie wiemy, czy rzeczywiście żyjemy, czy tylko w Internecie lewitujemy. Nawet jak gdzieś z innymi przebywamy, to twarze maskami zasłaniamy i nic nie gadamy, bo teraz nie ma większej wartości jak milczenie wśród wielu gości. Intensywnie się mijamy, choć chodzimy tymi samymi ulicami.
Jest jednak nadzieja, choć mózg jej się opiera, kiedyś przyjdzie zbawienie i rychłe ocalenie. Wszystko znów się otworzy, człowiek wyjdzie z cienia z tego danych strumienia, leć, nie zapomnij podać mu ramienia, świat się tak szybko zmienia, że może to ostatnia okazja do wzajemnego zbliżenia.
+ Jeszcze nie ma tutaj komentarzy
Dodaj własny